Wyprawa: Zamek Grodziec

Tak się składa, że mieszkam na Dolnym Śląsku… co prawda na północnych granicach, ale jednak wciąż w tym województwie, które słynie z licznych zamków które w lepszym bądź gorszym stanie przetrwały zawieruchę najróżniejszych lat. W ubiegłym roku nieco przypadkowo odwiedziłem jeden z nich, a mianowicie zamek Grodziec położony w miejscowości o takiej samej nazwie. Wyprawa w jaką się wtedy wybierałem w ogóle nie przewidywała czegoś takiego, niesamowicie dała mi w kość, ale wiecie co? Zdecydowanie było warto w pewnym momencie skręcić z wytyczonej wcześniej trasy i przekonać się o pięknie zarówno miejsca jak i widoków jakie się z niego roztaczają.

Ta sobotnia, sierpniowa  wyprawa nie była niczym niezwykłym. Postanowiłem, że jadąc przez Przemkowski Park Krajobrazowy dojadę gdzieś na drogę idącą w stronę Bolesławca, a później będę się kierował w stronę tegoż miasta. Tak też się stało: z lasu wyjechałem w Kozłowie, czyli miejscowości, z której jest już rzut kamieniem do opuszczonego miasteczka Pstrąże (niestety aktualnie w stanie wyburzania lub nawet w ogóle zrównanego z ziemią). Asfaltowa droga do Bolesławca jest ok, a w weekendy nie panuje na niej ogromny ruch, mimo iż przecinamy w pewnym momencie wjazd na autostradę A18. Sam Bolesławiec… lubię to miasto. Zakochałem się w nim jakieś dwa lata temu, gdy przyszło mi odwiedzić je po wielu latach nieobecności. Rynek jest malowniczy, z piękną zabudową, niewielką fontanną z której korzystają dzieci, a także licznymi knajpkami. Tutaj przyszedł czas na przerwę i zaplanowanie dalszej trasy… no tak, nie wiedziałem przecież, co będzie dalej. Godzina była młoda, zdecydowałem się więc że wyprawię się drogą w stronę Złotoryi. A co mi tam, skoro mogłem być tam samochodem, to nie mogę rowerem? Kawałek był, ale można skorzystać.

Ta trasa była świetna, bo bardzo szybka. Nie wiem czy to sprawa lekkiego wiaterku czy ukształtowania terenu, ale mimo jazdy rowerem górskim, można było utrzymywać konkretne tempo i czuć się dobrze. Uzupełnione w Bolesławcu zapasy również zwiastowały, że wszystko będzie ok… prawie :) W oddali gdzieś po prawej stronie widniała mi spora góra z jakąś zabudową… myślałem, że to może jakiś klasztor, kościół. Myliłem się. Przejeżdżając przez pewną wioseczkę zobaczyłem drogowskaz: skręcając w prawo i pokonując kilka dodatkowych kilometrów mogę zwiedzić zamek Grodziec. Lubię zamki, lubię historię, a więc decyzja była natychmiastowa: jadę! Szybko okazało się, że zamek i miejscowość z nim związana leżą właśnie na tej górce którą widziałem. Ten podjazd dał mi w kość i to bardzo, oj bardzo… Rzecz nie tylko w sporym nachyleniu, lecz także w długości – nie miałem do tej pory okazji jeździć w górach, więc nie jestem do tego przyzwyczajony. No a tu… kompletna masakra. Gdy dojechałem do wejścia dowiedziałem się, że trzeba uiścić jeszcze opłatę w wysokości 10 zł… miałem tyle w gotówce i poza tym kartę. Szybkie pytanie: czy można coś w środku kupić kartą. Niestety nie…

Sytuację uratował dozorca, który powiedział że rozumie sytuację i poratuje mnie ulgowym biletem. Z tego miejsca serdecznie mu dziękuję, bo te kilka zł to akurat coś do picia, niesamowicie potrzebnego po tym podjeździe, a dzień na dodatek był ciepły. Zamek… nie spodziewałem się tego i nie wiedziałem nawet, że mam coś takiego stosunkowo blisko. Spory, w znacznej mierze bardzo dobrze zachowany. Jego historii nie będę tu przytaczał, ale powiem, że zdecydowanie warto to miejsce zwiedzić. Choćby ze względu na widoki: góra na której się znajduje jest bodajże najwyższym punktem w okolicy, a na dodatek możemy wejść na poziom dachu i wtedy widok rozciąga się na wiele kilometrów we wszystkie strony. Zdecydowanie było warto! Na zamku można też spokojnie coś zjeść czy napić się piwa (o ile mamy gotówkę :D) – w tym także żurek w chlebku, który uważam za kapitalny posiłek podczas zwiedzania takich miejsc. Minusy? Może jakieś są, ja się ich natomiast nie dopatrzyłem.

Po zwiedzaniu przyszedł czas na powrót. I tutaj było już nieco dramatycznie. Zrezygnowałem z wizyty w Złotoryi, nie wystarczyłoby na to czasu ani energii. Gdy dojechałem do Chojnowa, co wcale proste nie było, na liczniku widziałem już 93 km. Pierwszy raz taka trasa rowerem górskim, do tego z tak wysoką niespodzianką… Tutaj przyszedł czas na nieco dłuższą przerwę, jakiś skromny ale pożywny posiłek (tak, jest obsługa kartą!) i poobserwowanie sobie drugiego wspaniałego rynku… Że też Przemków nie może się czegoś takiego dorobić. Ostatecznie w domu licznik wskazał mi 132 km i średnią zdecydowanie za wysoką jak na taką wyprawę. Ot, znów urok tego, że jechałem sam na sam z licznikiem. Swoje trzeba było później przeżyć, ale nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło – poznałem kolejne wspaniałe miejsce i to znajdujące się stosunkowo blisko. W tym roku na pewno raz jeszcze odwiedzę ten zamek… choć tym razem przygotuję się do tego znacznie lepiej :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.